Legendarny amerykański poeta Charles Bukowski pytany o receptę na udane życie mówił: „Znajdź coś co kochasz, a później pozwól się temu zabić”. Przykleił się do mnie ten cytat, kiedy myślałem o tekście podsumowującym żużlowy rok 2017 i szybko doszedłem do wniosku, że tu nie ma co podsumowywać, bo wszystko zeszło w cień tragedii Tomasza Golloba. W roku, w którym taki dramat dotknął człowieka odpowiedzialnego za polską modę na żużel, wszystko inne traci znaczenie. Fajny jest srebrny medal Patryka Dudka, miłe mistrzostwo świata juniorów Maksyma Drabika, ciekawe finały Ekstraligi, ale wszystko to zupełnie nieistotne w obliczu tego co dotknęło Golloba.

Sezon 2017 miał być trzydziestym w karierze Golloba. Zaczęło się w 1988 roku w Bydgoszczy, szybko znalazł to co kochał i po 30 latach pozwolił się temu nie tyle zabić, co ostro poturbować. Do tej pory momentami nie dociera do mnie, że to się Tomkowi naprawdę stało, przecież zawsze był niemal nieśmiertelny, jeździł ze zwichnięciami, złamaniami, na motocykl wsiadał ledwie przytomny i potrafił w takim stanie wygrywać, dlatego w głowie się nie mieści, że skończyło się to w taki sposób. Nie da się roku 2017 oglądać inaczej niż przez pryzmat tragedii Golloba. Nie byłoby dzisiaj rekordowych kontraktów telewizyjnych, tłumów na trybunach, polskiej dominacji, gdyby przez ostatnie 3 dekady nie było Golloba. To że nie było nigdy w Polsce żużlowca potężniejszego niż Tomasz jest zupełnie jasne, ale mam wrażenie, że niewielu było w ogóle w naszym kraju sportowców, którzy dla swoich dyscyplin zrobiliby tak wiele jak on dla speedwaya.

Kilka miesięcy temu rozmawiałem z Robertem Kużdżałem, który jest rówieśnikiem Golloba i w tym samym roku zdawał żużlową licencję. Mówił, że ta zbieżność w metrykach była dla niego i jego pokolenia zarówno przekleństwem jak i błogosławieństwem. Błogosławieństwem, bo wszyscy, którzy stawali z Tomaszem pod taśmą zdawali sobie sprawę, że rywalizują z gościem zupełnie wyjątkowym i już to czyniło wyścigi bardziej ekscytującymi, a przekleństwem, bo nie można było zostać gwiazdą, bohaterem w czasach Golloba. Był on, później długa pustynia i dopiero cała reszta. Dzisiaj jest Zmarzlik, Dudek, Pawliccy, Janowski, każdy może wygrać z każdym, jest miejsce na wielu gwiazdorów, kiedyś wszystko całym sobą przykrywał jeden. Mówił Robert Kużdżał, że wielu żużlowców w czasach największej świetności Golloba miało taki rytuał, że dzwonili do tych, którzy akurat jeździli w meczu z Gollobem i dopytywali od razu czy ktoś mu choć raz dołożył ( internetu nie było ). Jeżeli tak to było zdumienie, ciekawość, a czasami nawet euforia, bo okazywało się, że to jest możliwe.

Wziąwszy wszystko powyższe pod uwagę cholernie trudno zrozumieć, kiedy dzisiaj Tomasz w wywiadach mówi o bólu nie do zniesienia, o bólu, który nie pozwala żyć i którego nigdy wcześniej nie doświadczył. Tym bardziej to przerażające, że opowiada o tym facet, który nigdy przesadnie się sobą nie przejmował, który wyjeżdżał na tor ledwo żywy. Skoro on mówi o takim cierpieniu, to znaczy, że to jest naprawdę nieludzkie.

Kiedyś Gollob opowiadał mi, że kiedy był mały to tata zabrał go do sklepu muzycznego, żeby kupić skrzypce, bo panu Władysławowi zamarzyło się, że młodszy syn będzie wybitnym skrzypkiem. Tomek wtedy w sklepie rozpłakał się i powiedział, że nie chce żadnych skrzypiec, bo woli być mistrzem świata na żużlu. Gdyby wtedy wybrał skrzypce pewnie dzisiaj cieszyłby się zdrowiem i wyjątkową atmosferą sal koncertowych. Pewnie tak, z tym, że w życiu chodzi przecież o to, żeby znaleźć coś co kochasz. A później…