W żużlowej Polsce okres transferowy w pełni i chociaż wyścig o tytuł króla polowania jeszcze trwa, to już wiadomo, że wygrał Toruń. Do ekipy Get Well dołączają Doyle, Iversen, Holta i nikt już tego nie przebije. Swoją drogą od 2009 roku, od kiedy postawiono Motoarenę, Toruń jest zdecydowanie najgłośniejszym miastem polskiego speedwaya: a to wybudowali tam najnowocześniejszy stadion żużlowy na świecie, a to zorganizowali najbardziej spektakularne rundy Grand Prix, a to ściągnęli do siebie ikonę Bydgoszczy – Tomasza Golloba – robiąc jeden z najbardziej niewiarygodnych transferów w dziejach, a to uciekli z finału Ekstraligi, a później sezon rozpoczęli z punktami ujemnymi. No, generalnie, raczej się tam nie nudzą i nie ma w zasadzie nic dziwnego w tym, że teraz o Toruniu znowu mówi się najwięcej.

hol

Doyle, Iversen i Holta, po 10 latach od ostatniego złota Drużynowych Mistrzostw Polski, znowu mają przywrócić Toruniowi blask. Każdy z nich już kiedyś w barwach Aniołów jeździł i każdy odchodził stamtąd w niełasce. Nie tyle nawet odchodził, co był delikatnie wypraszany, bo – pisząc dyplomatycznie – nie spełniał pokładanych w nim nadziei. To może dowodzić, że w Toruniu średnio znają się na wykrywaniu potencjału u zawodnika. Z resztą jeszcze kilku innych skrzydła rozwijało tuż po odejściu z Apatora i jest to tendencja na tyle wyraźna, że w środowisku, od zawodników rozstających się z Krzyżakami, wręcz w sposób naturalny oczekuje się nagłego progresu.

O ile transferom Doyle’a i Iversena można tylko przyklasnąć, o tyle zatrudnienie Rune Holty budzi zdumienie. Facet w przyszłym roku skończy 45 lat, ma problemy z komornikiem, słabą opinię i najlepsze prawdopodobnie już za sobą. Poza tym raczej średnio identyfikuje się ze swoją drużyną, o czym świadczy fakt, że w czasie swojej kariery w Polsce klub zmienił już po raz 15! Pod tym względem jest absolutnym rekordzistą. Z resztą skoro ma dwie ojczyzny, to do farbowania się jest raczej przyzwyczajony i z aklimatyzacją problemów nie miewa. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Rune wskakuje w miejsce legendy klubu – Adriana Miedzińskiego, ewentualnie w miejsce perspektywicznego Jepsena Jensena, to jego angaż dziwi tym bardziej. Tak czy inaczej w Toruniu – choć przed tą opinią będą się tam wzbraniali – zbudowali dream team, w czym mają już dość duże doświadczenie. Można mówić nawet o pewnej tradycji konstruowania tego typu tworów w tym mieście.

Tylko w XXI wieku prawdziwy gwiazdozbiór zafundował sobie Apator przynajmniej 2 razy i 2 razy nie przyniosło to sukcesu, skończyło się na dream. Pierwszy raz był w 2003 roku kiedy do drużyny, występującej wtedy pod szyldem firmy Adriana, włączeni zostali ówcześni mistrz i wicemistrz świata – Tony Rickardsson i Jason Crump. U ich boku startowały gwiazdy krajowego podwórka – Protasiewicz, Bajerski, Sawina i Jaguś, a na dokładkę był jeszcze bardzo zdolny 18 – latek … Adrian Miedziński. Ta ekipa, według prognoz jej szefów, miała zdobyć 3 tytuły DMP z rzędu i nie przegrać 60 kolejnych meczów. Plan upadł już w pierwszym sezonie, bo złoto wzięła ekipa z Częstochowy.

Kolejną próbę zdobycia ligi z samymi gigantami w składzie podjęli w Toruniu 11 lat później – w 2014 roku Apator zakontraktował Golloba, Sajfutdinowa, Holdera i Warda – ta ekipa miała zdobyć mistrzostwo nawet mimo faktu, że sezon rozpoczynała z pułapu minus 8. Skończyło się na tym, że Aniołów zabrakło w fazie play – off. Teraz na Motoarenie jest kolejny dream team i kolejne mocarstwowe wizje chociaż trzeba przyznać, że obecna ekipa trzymająca władzę o swoich szansach wypowiada się z większą pokorą i szacunkiem dla rywali. Czy teraz wreszcie to wypali? Pozwolę sobie to pytanie pozostawić bez odpowiedzi.