Greg Hancock, Nicki Pedersen, Chris Holder i Martin Vaculik dostali stałe dzikie karty zapraszające do cyklu Grand Prix 2018. W przyszłym roku średnia wieku tej czwórki wyniesie równo 37 lat – nigdy wcześniej organizatorzy mistrzostw świata „dzikusów” nie przyznali gentlemanom tak bardzo zaawansowanym wiekowo. Więcej świeżości niż BSI daje nawet przeterminowany Ambi Pur.

HancockAngielscy właściciele Grand Prix przełamali też inną barierę – nigdy wcześniej – w przyznawaniu dzikich kart – nie sugerowali się zasługami tak bardzo jak w tym roku. W sumie do przyszłorocznego cyklu wpuścili aż 8 tytułów mistrza świata ( 4 Hancock, 3 Pedersen, 1 Holder ). Żaden z nich dzisiaj nie gwarantuje odpowiedniej jakości, ale każdy do budowy prestiżu cyklu wniósł ogromną cegłę i dzisiaj odbierają za to nagrodę.  Pewnie więcej wiatru niż wspomniani narobiliby w Grand Prix na przykład Milik czy Lebiediew, ale nie od dziś wiadomo, że dla BSI równie ważna ( a może ważniejsza ) jak umiejętności sportowe jest wartość marketingowa konkretnego żużlowca. Hancock i Holder są twarzami firmy Monster, która sponsoruje cykl Grand Prix, a Pedersen to wciąż osobowość, poza tym za „dzikusem” dla Nickiego przemawiał fakt, że w stawce na rok 2018 nie było żadnego Duńczyka, a klucz geograficzny też jest dla organizatorów cyklu ważny.

Właśnie biorąc pod uwagę narodowości spodziewałem się, że dzikie karty dostanie dwóch Duńczyków i trochę zdziwiło mnie, że obejść smakiem musiał się Niels Kristian Iversen. Zamiast niego w cyklu pozostaje Martin Vaculik, który sezon skończył na 9 miejscu. Nigdy jeszcze w historii Grand Prix nie zdarzyło się, żeby dzikiej karty nie dostał żużlowiec z miejsca 9. Dostaje zawsze i ta świecka tradycja została podtrzymana, właściwie to w BSI powinni zmienić przepisy i uznać odgórnie, że start w kolejnym sezonie zapewnia sobie czołowa dziewiątka klasyfikacji generalnej. Tyle że pewnie wtedy „dzikusa” regularnie dostawałby dziesiąty. Nie ważne.

Dzika karta dla Vaculika w żaden sposób nie pobudza mojego układu emocjonalnego. Poziomu Grand Prix Słowak nie zaniża, ale nie prezentuje sobą niczego co sprawiałoby, że chciałbym na niego patrzeć. Nie porywa, nie szarpie, niczym się nie wyróżnia. Ładnie się uśmiecha, jest miły, sympatyczny, na żużlu jeździ poprawnie, dobrze, i tyle. Taki Greg Hancock w wersji demo. Nuda. Wyróżnia go właściwie tylko to, że pozostaje jedynym żużlowcem ze światowej czołówki, który w swoim kraju jest mniej popularny od własnej żony. Na Słowacji małżonka Martina – o 11 lat od niego starsza Kristina Turjanowa – jest rozpoznawalną aktorką i piosenkarką. Miło i sympatycznie.