Nie rozumiem oburzenia sporej części środowiska żużlowego po tym jak Jason Doyle zawalił Falubazowi półfinał play – off. Niezaprzeczalnym jest, że Australijczyk pojechał fatalnie w obu meczach z Unią Leszno i również oczywistym jest, że to głównie on odpowiada za brak Zielonej Góry w finale, ale nadal nie wiem dlaczego się na Doyle’a obrażamy.

Krzyczymy, że w sobotę pojechał świetnie w Grand Prix Niemiec, a w niedzielę już beznadziejnie w Zielonej Górze, narzekamy, że walkę o Mistrzostwo Świata traktuje znacznie poważniej niż bój o Drużynowe Mistrzostwo Polski. Jasne, że tak jest, ale kompletnie nie rozumiem co w tym nadzwyczajnego, przecież tak jest od lat i powinniśmy byli się już do tego przyzwyczaić. Wcześniej Grand Prix nad ligę wielokrotnie przedkładali między innymi Greg Hancock, czy Nicki Pedersen, teraz to samo robi Jason Doyle i nadal jesteśmy zszokowani?

Doyle

Kiedy kilkanaście lat temu Doyle rozpoczynał żużlową karierę to nie marzył o tym, żeby zdobyć DMP z Falubazem, ale o tym, żeby być mistrzem świata, dlatego jego postawa dzisiaj jest całkowicie zrozumiała, jest konsekwencją tamtych marzeń. Jestem przekonany, ze Doyle wolałby 1 tytuł mistrza świata niż 10 złotych krążków w Ekstralidze z Falubazem, tak samo jak Iversen zamieniłby 10 mistrzostw ze Stalą Gorzów na 1 złoto indywidualne, a Sajfutdinow zrobiłby to samo w Unii Leszno. Czy nam się to podoba, czy nie, większość zagranicznych gwiazd priorytetowo traktuje Grand Prix, bo tam biją się o sławę, prestiż i uznanie, a w naszej lidze głównie o pieniądze. Fakt, że u nas zarabiają znacznie więcej niż w Indywidualnych Mistrzostwach Świata, ale to właśnie tytuł IMŚ daje zainteresowanie kibiców, sponsorów w i chwałę po grób. Tytuł DMP z Falubazem nie będzie w CV wyglądał tak okazale jak zwycięstwo w Grand Prix i tyle.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Doyle się na zielonogórskich kibiców wypiął i los Falubazu był mu kompletnie obojętny. Jestem przekonany, że mu zależało, ale walka o IMŚ jest dla niego na tyle wyczerpująca, że nie jest w stanie dzień po dniu pojechać perfekcyjnie. Poza tym z tyłu głowy cały czas siedzi mu historia sprzed roku, kiedy złoto w Grand Prix stracił na ostatniej prostej i pewnie ta myśl delikatnie zatrzymuje go na torze, woli się oszczędzać niż zaryzykować, unika sytuacji stykowych, żeby nie wrócił koszmar sprzed roku.

Australijczykowi zarzuca się również, że za bardzo porażki Falubazu nie przeżywał, ale jak miał przeżywać skoro w fazie play – off znalazły się również jego drużyny w Anglii i Szwecji. Nie wyrywał sobie włosów po meczu w Zielonej Górze, bo dobę później był już w Poole, gdzie walkę o awans do finału rozpoczynało jego Swindon Robins. W tym meczu też był Jason przeciętny: zdobył 10 punktów, wygrał ledwie 1 bieg, 2 razy przegrał z Kurtzem, 2 razy z Hansem Andersem, a raz z niejakim Edwardem Kennetem – raczej słabo.

Piszę ten tekst przed półfinałami w Szwecji, nie wiem co tam Doyle pokaże, ale na razie rozgrywki ligowe raczej nie są jego priorytetem. Tak bywało już wiele razy wcześniej w przypadkach  facetów, którzy w końcówce sezonu przewodzili klasyfikacji generalnej Grand Prix i jechali po mistrzostwo świata. Tak było z Jasonem Crumpem i kilkoma innymi, dlatego tym bardziej nie rozumiem dlaczego wciąż nas taka postawa dziwi.