23 sierpnia minęły 2 lata od dramatycznego upadku Darcy’ego Warda, który zakończył jego sportową karierę i spowodował taki wybuch solidarności w środowisku żużlowym, jakiego nie było nigdy wcześniej. Choć przed Wardem żużlowe tory zabierały marzenia wielu innym genialnym zawodnikom, to żaden podobny przypadek nie poruszył świata speedwaya ta bardzo jak ten. Zbiórki na leczenie, charytatywne turnieje, liczne akcje wsparcia, hasła #StayStrongDarcy i dziesiątki tysięcy koszulek z nadrukiem DW43. O tym co spotkało Australijczyka i jak bardzo mu współczujemy przypominał każdy zakątek każdego żużlowego stadionu na świecie. Byłem wtedy przekonany, że to odruch empatii ogromny, ale w gruncie rzeczy jak każdy inny – chwilowy, że za kilka miesięcy o tym zapomnimy, a koszulki DW 43 będą się pałętały w szafach gdzieś między pidżamą, a swetrem z reniferem od babci. Dzisiaj już mogę stwierdzić, że się pomyliłem i dość istotnie.

WARD

Od wypadku Warda minęły 2 lata, w tym czasie na stadionach żużlowych w kraju i za granicą byłem pewnie z 50 razy i w tym czasie nie zdarzyło się jeszcze ani razu, żebym gdzieś nie zauważył kibiców eksponujących logo DW43. Zawsze zwracam na to uwagę i zawsze przynajmniej kilkunastu wpierających Darcy’ego znajdę. To jest naprawdę niesamowite, bo zwykle takie akcje umierają po kilku tygodniach, ewentualnie miesiącach, a ta trwa już 2 lata i niewiele wskazuje na to, żeby się miała za chwilę ulotnić. To chyba dobitnie świadczy o tym, że wszyscy świadomie lub podskórnie czuliśmy, że mamy do czynienia z geniuszem, że oglądamy żużlowca zjawiskowego, jakiego jeszcze nie było i pewnie długo nie będzie. Nie trzeba było być wielkim fachowcem, żeby w jeździe Warda dostrzec coś niezwykłego, trudnego do zdefiniowania, wyjątkową lekkość, swobodę w prowadzeniu motocykla, że jest mu posłuszny jak Messiemu piłka, że kwestią czasu jest kiedy wszelkie rekordy Rickardssona zmiecie i obsypie ciężką szprycą. Oczywiście charakter i sposób bycia mu w tym nie pomagały, ale i tak wydawało się, że jest skazany na karierę spektakularną.

Dzisiaj Ward już tylko speedway ogląda i w mediach społecznościowych komentuje, dziękując czasami za liczne wyrazy wsparcia, które z przeróżnych źródeł wciąż wylewają się lawiną. Minęły 2 lata, a ja i pewnie tysiące mi podobnych, cały czas nie widzę żużlowca, którego jazdą mógłbym się zauroczyć choćby w stopniu porównywalnym. Owszem, podoba mi się agresja i zadziorność Zmarzlika, podziwiam perfekcjonizm Doyle’a, lubię efektowność Dudka, torową inteligencję Janowskiego, cieszę się jazdą Sajfutdinowa, ale mam wrażenie, że Ward na torze był sumą ich wszystkich. Dostał od losu coś extra, czego nie można wytrenować, nie sposób się nauczyć. Nie mam pojęcia, czy ktoś taki jak Ward będzie się jeszcze kiedyś ścigał na żużlu. To zdecydowanie nie jest zależne od trenerów, ani systemów szkolenia, to bez wątpienia zależy od kogoś tam u góry, kto może sobie drugiego Warda zesłać, a może i nie. StayStrongDarcy!