Końcówka czerwca w żużlowym kalendarzu to jest tradycyjnie moment, w którym całe środowisko rozpoczyna rozważania na temat wąskiego składu reprezentacji Polski na zbliżający się Drużynowy Puchar Świata. Analizujemy każdy bieg każdego kandydata na kadrowicza, a z najmniejszego gestu selekcjonera Marka Cieślaka wyciągamy wnioski tak głębokie, że nawet Rów Mariański jawi się przy nich płytkim zbiorniczkiem. W tym roku oczywiście jest tak samo, ale w tym roku mnie osobiście to kompletnie nie kręci. Nie dlatego, żebym kadrę miał tak głęboko jak głębokie są rzeczone wnioski, ale dlatego, że mam przeczucie, graniczące z pewnością, że w tym sezonie selekcja.. nie będzie miała kluczowego znaczenia. Polska jest na tyle mocna, że niezależnie od tego czy Cieślak do Leszna zabierze Piotra Pawlickiego, Dudka, Janowskiego i Zmarzlika czy Przemysława Pawlickiego, Protasiewicza, Hampela i Kołodzieja to i tak wygramy. Wygramy, bo możemy wystawić przynajmniej 10 bardzo dobrych żużlowców i – na swoim torze – nie mamy z kim przegrać.

Z Australijczykami nie przegramy, bo są słabsi, a poza tym mają poważne problemy:

- Jason Doyle jest po kontuzji i nie wiadomo w jakiej formie wróci na tor.

- Chris Holder ma wiele kłopotów,  które ukrywają się pod kryptonimem SS: Sprzętowo – Sercowe.

- Max Fricke jedzie przyzwoicie, ale nie na tyle, żeby się go bać.

Z Duńczykami nie przegramy, bo też nie są w najlepszej sytuacji w historii:

- Nie mają Nickiego Pedersena, który wciąż zmaga się z kontuzją po upadku z udziałem Nielsa Kristiana Iversena.

- Niels Kristian Iversen skutków tego upadku nie odczuł, ale nie jest w życiowej formie i takiego numeru jaki wyciął nam w finale DPŚ w 2014 roku w Bydgoszczy już nam nie zrobi.

- Madsen i Bjerre jadą w tym sezonie nieźle, ale umówmy się – to są Madsen i Bjerre i chyba nie musimy przed nimi zginać kolan.

Z Rosją nie przegramy, bo bracia Łagutowie i Emil Sajfutdinow nie przeżywają obecnie najwspanialszych chwil w karierze, a poza tym nie mamy pewności, że to fantastyczne trio w finale pojedzie. Ze Szwecją nie przegramy, bo tam obecnie na światowym poziomie jedzie tylko Fredrik Lindgren, a z Anglią nie przegramy, bo nawet na żużlu są jakieś granice absurdu.

Nawet jeżeli los okrutnie ze mnie zakpi i na skutek jakichś niezwykłych okoliczności Polacy w Lesznie jednak przegrają to i tak – uroczyście zapewniam – nie będę miał najmniejszych pretensji do Cieślaka o selekcję i to niezależnie od tego kogo wybierze. To między innymi dlatego, że z coraz większym trudem przychodzi mi kibicowanie żużlowej reprezentacji Polski w Drużynowym Pucharze Świata. Zdaję sobie sprawę, że decydując się na taką deklarację, narażam się na zarzuty sugerujące postawę antypolską oraz zamach na biało – czerwone barwy, ale nie mogę przecież stawać w sprzeczności z samym sobą.

Otóż Polacy w ciągu ostatnich 10 lat Drużynowy Puchar Świata zdobyli 6 razy i to już – przynajmniej mnie – trochę spowszedniało. Oczywiście nadal będę się cieszył jeżeli obronią tytuł mistrzowski, ale jeżeli, jakimś cudem, im to nie wyjdzie, to włosów z głowy darł nie będę. Z resztą zdecydowana dominacja jednej nacji w jakiejkolwiek dyscyplinie, najczęściej jej szkodzi.

Naturalnie nie jest problemem polskich żużlowców, że tak odjechali reszcie, ale nie zmienia to faktu, że jeżeli nadal będziemy tak dominować w Drużynowym Pucharze Świata, to powoli zaczniemy zjadać własny ogon i nasze zwycięstwa przestaną smakować komukolwiek. Jeżeli pozostaniemy jedynym mocnym żużlowo narodem na planecie, to niedługo nawet nie będziemy mieli komu udowadniać swojej wyższości. Nie wynika z tego, że powinniśmy się teraz rywalom podkładać, wynika z tego jedynie, że coraz trudniej kibicować naszej żużlowej reprezentacji, bo jej ciągłe triumfy dzisiaj nie służą rozwojowi reszty speedwayowego świata, a jutro przestaną służyć nam samym.