Jeżeli marzy Wam się podróż w czasie i powrót do żużla lat 90. to koniecznie musicie odwiedzić Piłę. Stadion tamtejszej Polonii to jeden z ostatnich bastionów speedwaya romantycznego, spontanicznego, takiego, który nie dał się jeszcze wcisnąć w świecący garnitur. Żeby najlepiej i najkrócej oddać to co się tam dzieje trzeba powtórzyć za genialnym Grabażem: „W Pile było jak w Chile, każdy miał czerwone ryło…ważne że jest żużel i kiełbasy senatora”.
W Pile tor nadal jest czarny jak smoła, kiedy usiądziesz na łuku, to po kilku wyścigach ciemny pył z twarzy możesz ściągać szpachelką, w powietrzu nadal unosi się niepowtarzalny zapach spalanego oleju wymieszanego z wonią skwierczącej kiełbasy z grilla. Zakładam, że kiełbasy senatora.

ppppppp

W tym roku w Pile byłem dwa razy i dwa razy wracałem stamtąd z przekonaniem, że oni przepięknie zatrzymali czas, oparli się trendowi sterylizacji żużla i żyją tak jakby im się kalendarz zgubił. Za pierwszym razem na stadionie przy ulicy Bydgoskiej zameldowałem się około 10 rano w poniedziałek wielkanocny. Było zimno, wiało, padało, mecz miał się rozpocząć o 12.45, ale wszystko wskazywało na to, że się nie rozpocznie, bo warunki były fatalne. Mimo skrajnie niesprzyjających okoliczności na dwie godziny przed meczem do kas stadionu ustawiły się kilkunastometrowe kolejki kibiców żądnych biletów i speedwaya. Pokażcie mi drugie miasto, gdzie w takich warunkach ( deszcz, zimno, wiatr, świąteczny poranek, świadomość, że mecz się prawdopodobnie nie odbędzie ) ludzie zachowywaliby się podobnie jak w Pile.

Za drugim razem kiedy przyjechałem do Piły było już fantastycznie: czyste niebo, upał, stadion pełen kibiców i świetne widowisko. Dzieciaki z watą cukrową, matki ze słonecznikiem, ojcowie z kiełbasą w jednej dłoni i programem zawodów w drugiej. Oczywiście programem w formacie A5 – znanym z lat 90. a nie A4, który furorę robi teraz. Stadion zaczął się zapełniać na godzinę przed pierwszym biegiem, na próbie toru był już niemal komplet, jak za dawnych, dobrych lat. Kibiców tak wcześnie na stadion nie przyciągają żadne fajerwerki, tańczące golaski ani Pan Yapa wcierający sobie bitą śmietanę w kaszkiet. Przyciąga ich zwyczajna chęć bycia na stadionie, przedmeczowych dyskusji, analiz, chęć poczucia atmosfery meczu. Od pierwszego do ostatniego wyścigu trybuny reagują więcej niż żywiołowo, jest głośno, kolorowo, emocjonalnie, a każdy wyścig wywołuje euforię, albo jęk zawodu. PRZEŻYWAJĄ.

Ten drugi mecz Piła minimalnie z Gdańskiem przegrała i część kibiców opuszczała stadion z zatroskaniem kręcąc głowami, analizując dlaczego tak to się skończyło, inni ( trochę weselsi ) pojedynek skwitowali energicznym zawołaniem: „Ch… z wynikami, Polonia jesteśmy z Wami”. Po meczu w klubowym ogródku grill dla działaczy, obsługi, funkcyjnych, dziennikarzy i zawodników, którzy nie wyjechali do domów od razu po meczu, ale na chwilę zostali i – takie miałem wrażenie – autentycznie przeżywali porażkę. Fajny to obrazek – wszyscy umęczeni, zamyśleni, opaleni, z czerwonymi twarzami po kilku godzinach w palącym słońcu.

Byłem kiedyś na Rajdzie Dakar w Chile, gdzie podobnie wyglądali górnicy wracający z kopalni w gorącym mieście Copiapo, dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę powtórzyć za artystą: „W Pile było jak w Chile, każdy miał czerwone ryło…ważne że jest żużel i kiełbasy senatora”.