Żużlowcy z Torunia rozpoczęli sezon najgorzej od 29 lat. 4 porażki z rzędu na otwarcie zdarzyły im się ostatnio w 1988 roku, w związku z czym teraz pojawiają się pierwsze pytania o przyczyny kryzysu i pierwsze odpowiedzi. Wśród hipotez diagnozujących toruński dołek najczęściej przewija się osoba Petera Johnsa. Brytyjski tuner majstruje przy większości krzyżackich motocykli i na razie efekty są takie, jakby grzebała przy nich Majka Jeżowska. Wśród pozostałych problemów Get Well wymienia się słabnącego Walaska i Przedpełskiego, który nie potrafi odnaleźć się w świecie seniorskim.

Każdy z tych kłopotów ma pewnie przełożenie na wyniki Apatora, ale na zwiotczałych toruńczyków trzeba jednak spojrzeć w nieco szerszym ujęciu, bo oni od prawie dekady nie jadą tak jak mogliby. Od 2009 roku banda Kopernika w każdym sezonie buduje ekipę zdolną zdominować ligę, a jednak w tym czasie mistrzostwa nie zdobyła ani razu. Ostatni tytuł brał Toruń w roku 2008, czyli w ostatnim, w którym jeździli tam na starym stadionie, przy ulicy Broniewskiego. Od 2009 roku, od przeprowadzki na Motoarenę, ligowe złoto pozostaje w sferze marzeń i na razie nie wygląda na to, żeby te marzenia miały się spełnić. To symptomatyczne, złoto w Toruniu pachnie wysłużonymi siedziskami starego stadionu, nowy doczekał się ledwie srebra. W tym, moim zdaniem, tkwi duża część odpowiedzi na pytanie o toruńską słabość. Od kiedy Anioły osiedliły się na wygodnej Motoarenie, to straciły coś, co na żużlu jest absolutnie niezbędnym składnikiem sukcesu – straciły jaja. ( Proszę w tym miejscu nie dociekać, czy z technicznego punktu widzenia anioły w ogóle mogą mieć jaja ).

APATOR

Motoarena jest nowiutka, czyściutka, wygodna, pachnąca i, jak na warunki żużlowe, niemal sterylna. Nie ma tam kurzu, błota, śladów krwi i zapachu potu. Jest metroseksualna i definitywnie zerwała z wizerunkiem drwala, którego duch błąka się gdzieś w okolicach ulicy Broniewskiego. Mam wrażenie, że podobna jest drużyna która na tym stadionie jeździ: nieźle wyglądająca, uśmiechnięta, nienagannie ubrana, kulturalna, ale bez charakteru. Wiadomo, że dobrobyt rozleniwia, tłamsi ducha walki i pudruje skazy, a przecież największe sukcesy rodzą się w bólach, znoju i marszu pod górę. W Toruniu nie ma nawet pagórków.

Żużlowcy z Motoareny mają zawsze ciepłą wodę pod prysznicami w ładnych łazienkach i przede wszystkim bardzo dobre pieniądze w odpowiednich terminach. Gdyby powstał ranking określający wypłacalność klubów żużlowych w ostatnich 10 latach, to Toruń z pewnością byłby w TOP 3, a najprawdopodobniej by ten ranking wygrał. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie uważam, że płacenie dobrze i w terminie jest złe, wręcz przeciwnie, tak powinny działać wszystkie kluby, chcę tylko podkreślić, że oni żyją wygodnie i przyjemnie pod absolutnie każdym względem, nie mają za czym gonić, bo wszystko jest podane na tacy.

W roku 2014 działaniu toruńskiego klubu przyglądałem się z bliska, byłem wtedy spikerem na meczach ligowych Unibaxu i wspominam to całkiem dobrze, bo płacili nieźle i zawsze w terminie. Zdarza mi się prowadzić różne imprezy i naprawdę często bywa tak, że kasa na konto wpływa kilka miesięcy po czasie i trzeba się o nią kilka razy upominać. W Toruniu w tym zakresie żadnych problemów nie było i takich kłopotów nie mają też tamtejsi zawodnicy. Mimo tego w ostatnich latach zdarzyło się tam kilka przypadków żużlowców, którzy robili straszne afery, kiedy księgowa z wypłatą spóźniła się o 2 dni. Awanturowali się o ten minimalny poślizg dokładnie w tym samym momencie, w którym wielu zawodników innych klubów pół roku musiało czekać na wypłatę 50 procent obiecanego wynagrodzenia.

Nie jest przypadkiem, że w ostatnich latach często zdarzało się, że żużlowcy odzyskiwali formę i zaczynali jechać lepiej tuż po odejściu z Torunia. Na Motoarenie musieli robić naprawdę niewiele, żeby żyło się przyjemnie i wygodnie, po zmianie otoczenia orientowali się, że na komfort trzeba sobie solidnie zapracować, że trzeba zasuwać. Najświeższym przykładem na poparcie tej tezy jest Martin Vaculik, który jak na razie – jako zawodnik Stali Gorzów – jedzie sezon życia.

Największym tymczasowym problemem Torunia być może rzeczywiście jest dołujący Peter Johns, ale jeżeli spojrzymy na zagadnienie bardziej globalnie, to – wziąwszy pod uwagę wszystko powyższe – kłopot jest znacznie poważniejszy i nad tym powinni się na Motoarenie zastanowić. Ja mogę się jedynie ograniczyć do jednego życzenia – Get Well Toruń.