Napisać, że żużel jest nieprzewidywalny, to tak jak stwierdzić, że koło jest okrągłe, kura znosi jajka, a PSL zawsze przekracza próg wyborczy – wiadomix. W tym sezonie jednak speedway w swojej nieprzewidywalności posunął się tak daleko, że za pewnik przyjąć można tylko tyle, że pojadą 4 okrążenia, a Przemysław Termiński powygłupia się na Facebooku. Naprawdę nie wiadomo nic i jeżeli ktoś potrafi poprawnie wytypować wynik meczu, to wcale nie znaczy, że zna się na żużlu, a bardziej świadczy o tym, że jest szalony.

Skoro Unia Leszno pokonuje u siebie Falubaz sto do zera, żeby za chwilę przegrać w domu ze Spartą, skoro Sparta na swoim torze prowadząc 18:6 ostatecznie przegrywa z osłabionym Gorzowem, skoro Damian Dróżdż leje w Lesznie Pedersena, skoro Hubert Czerniawski ogrywa w Toruniu Przedpełskiego, skoro Kacper Woryna w dwóch pierwszych meczach zdobywa 3 razy więcej punktów niż Grigorij Łaguta, to wiedz, że nieprzewidywalność speedwaya weszła na poziom wcześniej nienotowany.

I teraz siedzi sobie ta nieprzewidywalność na trybudnie honorowej stadionu narodowego w ciemnych okularach, z papierosem w zawadiacko wykrzywionych ustach i zachęca do wytypowania zwycięzcy sobotniej Grand Prix Polski.

stadion

Osobiście nie mam pojęcia kto może wygrać i dzisiaj zdecydowanie łatwiej wskazać tych, którzy najprawdopodobniej nie wygrają. Nie chodzę do bukmachera, ale gdyby ktoś mi przystawiał pistolet do skroni i kazał podać nazwiska 3 zawodników, którzy na pewno w Warszawie nie wygrają, to postawiłbym na Pedersena, Holdera i Lindbaecka. Z pozostałej trzynastki na najwyższy stopień podium może się wdrapać naprawdę każdy. Sprawdźmy dlaczego:

Martin Vaculik – może wygrać, bo jest po prostu szybki, wygrał pierwszą rundę w Krsko, dobrze jedzie w Ekstralidze, nieźle wystartował w Elitserien i nie paraliżują go tłumy.

Fredrik Lindgren – może wygrać, bo dojrzał, wydoroślał mentalnie, uspokoił się, postawił żużel na pierwszym miejscu w życiu i bardzo polubiły go ostatnio silniki GTR.

Patryk Dudek – może wygrać, bo początek sezonu w jego wykonaniu jest całkiem udany, a w Szwecji to nawet wybitny – w pierwszym meczu zdobył płatny komplet punktów, a jechał na wyjeździe przeciwko Piraternie uzbrojonej w Hancocka, Sajfutdinowa, Iversena i Kildemanda. Poza tym ma ogromny luz i wysoką odporność na stres. 50 tysięcy ludzi na trybunach nie zrobi na nim większego wrażenia, już nie raz udowadniał, że w wyścigach o największym ładunku emocjonalnym, w biegach, które decydują o losach meczów, radzi sobie najlepiej.

Jason Doyle – może wygrać, bo kontuzje go nie wyhamowują, nadal jedzie odważnie, mocno i bez większego respektu dla niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą żużel.

Greg Hancock – może wygrać, bo jest Gregiem Hancockiem.

Matej Zagar – może wygrać, bo już raz w Warszawie wygrał, a poza tym jest w takim wieku i ma takie doświadczenie w Grand Prix, że musi się wreszcie określić, czy chce się bić o mistrzostwo świata, czy będzie raczej gościem środka klasyfikacji, który fajerwerki odpala okazjonalnie.

Niels Kristian Iversen – może wygrać, bo ostatnio wyraźnie łapie wiatr w żagle, a ponadto jest pozbawiony układu nerwowego, co w takich turniejach tylko pomaga.

Tai Woffinden – może wygrać, bo wygrał w Warszawie przed rokiem i ostatnio coraz częściej zdradza przebłyski geniuszu. Średnia biegopunktowa w Ekstralidze jeszcze na to nie wskazuje, zdarzają mu się wpadki, ale regularność i powtarzalność mogą się pojawić lada chwila.

Emil Sajfutdinow – może wygrać, bo jest dzisiaj chyba najzdolniejszym żużlowcem na świecie, a poza tym jego menager Tomasz Suskiewicz wie jak się wygrywa wielkie turnieje. Z Tonym Rickardssonem robił to nie raz.

Piotr Pawlicki – może wygrać przy założeniu, że nie będzie za bardzo chciał, bo gorąca głowa przeszkadza mu najbardziej. Właśnie przez nią w minionym roku na torze w Warszawie leżał 3 razy. Co prawda teraz nie ma najwyższej formy, ale to nie jest zawodnik, który do szczytu swoich możliwości dochodzi małymi krokami, osiąga go raczej jednym susem, przebojem, tak jak w minionym roku, kiedy w Grand Prix jechał przeciętnie, aż do nagłego wystrzału w Cardiff, gdzie wygrał rundę zasadniczą. Dlaczego w tym roku miałby nie odpalić w Warszawie.

Bartosz Zmarzlik – może wygrać i chyba nikomu nie trzeba  tłumaczyć dlaczego. Musi jednak Zmarzlik zacząć trochę kalkulować i wyleczyć się z syndromu wczesnego Golloba, czyli chęci wygrywania każdego biegu za wszelką cenę. Dwa wyjazdowe mecze Stali Gorzów w tym roku ilustrują dokładnie, że z tym bezwględnym parciem na zwycięstwa ma Zmarzlik największy problem. I w Toruniu i we Wrocławiu walczył Bartek dla Gorzowa w ostatnich wyścigach, które decydowały o losach meczów. W obu biegach sytuacja po starcie układała się dla Gorzowa idealnie i w obu Stali wystarczało, żeby Bartek dojechał spokojnie do mety. On jednak w obu przypadkach wdawał sie w szalone pościgi. W Toruniu po swojej szarży został wykluczony, we Wrocławiu punkt dowiózł, ale jego walka z Maciejem Janowskim też mogła się skończyć różnie. Nikt dzisiaj Zamrzlika nie krytykuje, bo ostatecznie oba mecze Stal wygrała, ale przerost ambicji i brak zimnego wyrachowania widać gołym okiem, a to w Grand Prix na pewno nie pomaga.

Maciej Janowski – może wygrać, bo w tym sezonie jedzie już zdecydowanie lepiej niż w minionym, a poza tym stawia na niego niewielu, co dla takiego zawodnika jak Maciej jest doskonałą pozycją wyjściową.

Przemysław Pawlicki – może wygrać, bo to byłaby piękna historia. Facet z dziką kartą, który sprawę awansu do Grand Prix 2016 przegrał na ostatnich metrach decydującego wyścigu staje teraz przed szansą na oczarowanie stadionu narodowego. To by się pamiętało.

Jak sami widzicie wycieczki do bukmachera przed sobotą mijają się z celem. Na wstępie zaznaczyłem, że, moim zdaniem, w Warszawie nie wygra ani Pedersen, ani Holder, ani Lindbaeck, ale nie wykluczam, że nieprzewidywalność odpala właśnie drugiego papierosa i zaśmiewa się do rozpuku.