Szanowny panie Janie. Obiecałem sobie kiedyś, że nie będę już publicznie odnosił się do pana aktywności w mediach, ale jako że jestem człowiekiem słabym i nie zawsze potrafię wytrwać w swoich postanowieniach, to nie wytrzymałem. Piszę do pana w związku z pana ostatnią publikacją na portalu sportowefakty.pl, w której był pan łaskaw skrytykować politykę personalną Unii Leszno. Wyraża pan skrajne oburzenie postawą klubu, który nie pozwala odejść Grzegorzowi Zengocie. W swoim felietonie zarzuca pan leszczynianom egoizm, oraz granie nie fair, bo tym właśnie jest dla pana trzymanie Zengoty na ławce rezerwowych, w sytuacji kiedy mógłby sobie regularnie jeździć w innym klubie.

Janek

Jestem więcej niż przekonany, że pańska głowa to wielka encyklopedia żużlowa i co do tego nikt nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości, pozwolę sobie jednak zauważyć, że z tej encyklopedii prawdopodobnie wypadł gdzieś rozdział o tym, że żużel to sport urazowy i bardzo często zdarza się, że zawodnik „łapie” kontuzje, które wykluczają go z jazdy na jakiś czas. Sam pan musi przyznać, że istnieje dość duże ryzyko poważniejszego wypadku któregoś z 5 podstawowych seniorów Unii Leszno ( jak i każdego innego klubu ) który spowoduje krótszą lub dłuższą pauzę dla tego żużlowca. Wystarczy spojrzeć na ostatnie lata w polskim żużlu, żeby stwierdzić, że właściwie każdy klub co roku zmaga się z absencją któregoś ze swoich żużlowców i jeżeli nie ma ławki rezerwowych, to zaczynają się kłopoty.

Z imponującej encyklopedii, o której pisałem powyżej, prawdopodobnie na skutek niesłychanych kombinacji myślowych, wyparował gdzieś też podrozdział o tym, że w żużlu za wyniki klubu odpowiada jego trener oraz działacze. W swoim felietonie tym leszczyńskim zarzuca pan dbanie tylko o dobro klubu i pomijanie dobra zawodnika. I teraz muszę pana zaskoczyć panie Janie, otóż takie jest właśnie zadanie działaczy – dbać o dobro klubu. Przy całym moim szacunku i sympatii dla Grzegorza Zengoty muszę panu wyjaśnić, że leszczyńscy decydenci pod koniec sezonu będą rozliczani z wyników Unii, a nie z samopoczucia Grzegorza. Gdyby dzisiaj pozwolili mu odejść, a za chwilę kontuzji doznałby któryś z pozostałych seniorów klubu, to mogłoby się to skończyć kłopotami i serią porażek. Mam nieśmiałe podejrzenie, że wtedy byłby pan jednym z pierwszych, który skrytykowałby Leszno za słabą postawę i brak punktów. I właśnie, żeby przed ostrzem pańskiej potencjalnej krytyki uciec, w Lesznie teraz dbają o dobro klubu.

W swoim artykule pisze pan również o tym, że Zengota, podpisując kontrakt w Lesznie, nie wiedział, że klub planuje się  związać jeszcze z Nickim Pedersenem. Sugeruje pan jednocześnie, że gdyby Grzegorz znał te zamierzenia, wtedy z Unią by się pożegnał. To możliwe, ale panie Janie, bądźmy poważni, Grzegorz Zengota to rozsądny człowiek i świetnie zdaje sobie sprawę z tego, ze jeżeli w kontrakcie nie ma zapisanej gwarancji startów, to znaczy, że nie ma nic pewnego. I tyle.

Byłbym oczywiście bardzo niesprawiedliwy gdybym nie docenił pańskiego wielkiego serca, bo trzeba mieć takie, żeby w ten sposób troszczyć się o dobro zawodnika. Empatia to doprawdy niezrównana, ale nie potrafię przy tym zrozumieć, dlaczego to samo serce kompletnie pomija losy Szymona Woźniaka, czy Jacoba Thorsella. Ci dwaj także na razie nie mają miejsca w swoich klubach – Sparcie Wrocław i Falubazie Zielona Góra – ale ich problemy są panu jakby obojętne. Przecież oni też mogliby sobie odejść i zarabiać jeżdżąc gdzie indziej. Czy oni są dla pana gorsi od Grzegorza Zengoty? Czy oni nie zasługują na pańskie miłosierdzie?

Skoro jestem przy pytaniach, to mam jeszcze jedno: czy zastanawiał się pan dlaczego do niedawna był pan często zapraszany do telewizyjnego studia przy okazji meczów żużlowych, a od jakiegoś czasu jest pan tej przyjemności pozbawiany? Muszę pana uspokoić, że wcale nie chodzi o to, że kamera nie lubi wąsów. Odpowiedzi szukałbym raczej w pana tendencji do rozmijania się z rzeczywistością i w umiłowaniu absurdu, którego dowód dał pan na przykład roztrząsając publicznie kto był, a kogo nie było na pogrzebie pana Jana Grabowskiego.

Kończąc pragnę zapewnić, że byłem pana fanem, kiedy jeszcze jeździł pan na żużlu i z wielką przyjemnością poczytałbym pańskie wspomnienia z kariery zawodniczej. To mogłoby być naprawdę o wiele ciekawsze od publikacji, które serwuje nam pan teraz.

Z wyrazami niezmiennego szacunku

Michał Korościel