Żużel najlepiej ogląda się z perspektywy murawy. Patrząc na speedway z płyty stadionu żużlowiec wydaje się jeszcze bardziej szalonym niż jest w istocie, akcje jeszcze bardziej spektakularne, a prędkości jeszcze bardziej oszałamiające. Uwielbiam gapić się na to kolorowe show, stojąc wewnątrz toru, dlatego też szybko dogadałem się z działaczami Unibaxu Toruń, kiedy w 2014 roku zaproponowali mi stanowisko spikera podczas meczów ligowych.

Dodatkowym argumentem za przyjęciem tej oferty była możliwości regularnego oglądania Darcy’ego Warda, Emila Sajfutdinowa i Tomasza Golloba – wtedy, moim zdaniem, trzech najlepszych żużlowców na świecie, a na pewno największych czarodziei Motoareny. Co 2 tygodnie mogłem na żywo, stojąc na murawie, oglądać cuda w wykonaniu tych gentlemanów i jeszcze opowiadać o nich tysiącom kibiców. Idealnie.

Jeden z tych meczów w Toruniu zapadł mi w pamięć szczególnie: pojedynek Unibaxu z Włókniarzem Częstochowa, 22 czerwca. Godzinę przed rozpoczęciem spotkania dowiedziałem się, że na torze w Belgii, po tragicznym wypadku, zginął Grzegorz Knapp. Pobiegłem od razu do gabinetu ówczesnego prezesa klubu Tomasza Kaczyńskiego, który na żużlu znał się słabo, żeby nie napisać, że nie znał się wcale. Mówię:

- Trzeba przed prezentacją zarządzić minutę ciszy.
- A dlaczego?
- Zginął Grzegorz Knapp.
- A kto to jest?
- Polski żużlowiec, zginął dzisiaj w Belgii.
- Wstrzymajmy się na razie.
- Musimy to zrobić.
- Poczekaj na razie, nie podejmujmy żadnych decyzji.
- Jak chcesz.

Za 15 minut woła mnie do siebie:

- Dzwonili z Ekstraligi, przed prezentacją powiedz co się stało i poproś o minutę ciszy.
- Jasne.

Na godzinę przed meczem wielu żużlowców odcina się już od świata zewnętrznego i w pełni koncentruje na zawodach, dlatego większość uczestników tamtego spotkania o śmierci Grzegorza Knappa dowiedziała się ode mnie, przed prezentacją. Stałem tuż za Gollobem i Wardem, powiedziałem co się stało i poprosiłem o minutę ciszy. Kibice wstali, a z twarzy Golloba wyczytałem, że jest kompletnie zszokowany, zdjął czapkę, po czym zorientował się, że Darcy Ward nie wie co się dzieje. Ściągnął więc też czapkę z głowy Australijczyka, ale ten nadal nie bardzo ogarniał o co chodzi i w swoim stylu rzucił do Tomasza:

- Podoba Ci się moja czapka? Mogę Ci ją dać po meczu.

Później zrozumiał, że to nie jest czas na żarty.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że ten obrazek – Gollob ściągający czapkę Wardowi – był pierwszym, który stanął mi przed oczami, kiedy usłyszałem o dramatycznym wypadku pana Tomasza. Podobieństwa między losami tych dwóch są na tyle uderzające, że nie sposób dzisiaj, myśląc o tym co spotkało Golloba, nie mieć z tyłu głowy tego co dotknęło Warda. Obaj byli ( nie cierpię o ich wyczynach pisać w czasie przeszłym ) wirtuozami w swojej profesji i wzorami wręcz niedoścignionymi. Chociaż żużel w całej swojej historii doczekał się wielu talentów, to jednak na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy sztukę dyrygowania motocyklami opanowali w takim stopniu jak Darcy i Tomasz. Obaj mają trudne charaktery, obaj nie osiągnęli nawet 50 % tego na co skazywał ich talent, obaj skończyli kariery wbrew sobie.

Może to zalatywać tanim patosem, ale chyba coś w tym jest, że największe dramaty dotykają największych geniuszy i żużel się z tej zasady nie wyłamuje. Może naprawdę jest tak, że suma talentów musi się równać sumie pecha, żeby ostatecznie w naturze pozostała równowaga. Constans. Rzemieślnik żyje długo i przeciętnie, artysta krótko i wyjątkowo.

Nie przesądzam oczywiście co będzie dalej z Tomszaem Gollobem, mam nadzieję, że stanie na własnych nogach, będzie chodził, ale dziś wiadomo tylko tyle, że – jak przekonują lekarze – na żużlu już nigdy nie pojeździ. Swoją drogą to też cholernie smutna ironia losu, że facet, który na torze decydował o każdym detalu, finalnie nie mógł nawet samodzielnie zdecydować, kiedy skończy sie jego kariera.

Skrajnie wkurzają mnie dzisiaj głosy oburzonych tym, że Gollob – w dniu swojego meczu ligowego – jeździł z rana na Motocrossie. To proste – jeździł bo mógł i chciał, bo nikt mu tego nie zabronił, bo to kocha. Nie pierwszy to raz z resztą, kiedy Tomasz w dniu zawodów żużlowch jeździł sobie wcześniej crossówką. Nikt mu tego nigdy nie wypominał, bo nigdy nie skończyło się to tak drmatycznie. Teraz się skończyło, ale to nie jest powód do rozważań na temat tego, co Gollob powinien robić w dniu meczu. Mógł wiele bo jest Gollobem i mam przeczucie, że z tej dramtycznej sytuacji wyjdzie silny. Głównie dlatego, że jest Gollobem.