Pisałem tutaj ostatnio o zbliżających się prezentacjach drużyn żużlowych z Rybnika i Częstochowy, ale ani się nie zająknąłem o tym co szykują w Zielonej Górze. Błąd, bo Falubaz będzie się prężył przed kibicami w iście falubazowym stylu. Marcowe show będzie połączone z obchodami 60 – tych urodzin największej legendy klubu – Andrzeja Huszczy. To mają być największe urodziny w historii miasta i wypada tym zapowiedziom wierzyć, bo jeżeli chodzi o prezentacje klubów żużlowych to Falubaz zawsze chciał być i był Naj.

W ciągu ostatnich 15 lat to Falubaz ściągał najwięcej kibiców na premierowe wystawy speedwayowego bandu, to tam imprezy prowadziły największe gwiazdy i to właśnie w Zielonej Górze padały deklaracje historyczne. Zielonogórskie prezentacje gościły przecież Przemysława Babiarza, Włodzimierza Szaranowicza i Tomasza Lisa, a przepychem, blichtrem i ilością cekinów biły na głowę wszystkie inne.

Mnie szczególnie w pamięci utkwiły dwie z tych falubazowych superprodukcji. Pierwsza, w hali sportowej w Zielonej Górze przed sezonem 2004, kiedy to szef klubu Robert Smoleń ogłosił podpisanie kontraktu z ówczesnym mistrzem świata Nickim Pedersenem. To był niezwykły moment, bo większość kibiców nie podejrzewała nawet, że Duńczyk zwiąże się z Falubazem, a na wyjątkowość chwili wpłynął także sposób ogłoszenia współpracy z Nickim. Otóż Smoleń wyszedł na środek wypchanej do ostatniego miejsca hali, wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy z dźwiękami polifonicznymi ( dacie wiarę? POLIFONICZNYMI! ) i triumfalnie zawołał: dzwonię do Nickiego Pedersena!!!

Sala zamarła. Było tak cicho, że dało się usłyszeć skrzypienie parkietu uginającego się pod smoleniowym mokasynem. Szef klubu przyłożył mikrofon do swojego telefonu z dźwiękami polifonicznymi i za chwilę tłum usłyszał jak Pedersen potwierdza, że podpisał kontrakt z Zieloną Górą. Szał, euforia, pisk, uczuć entuzjastycznych polifonia. Tuż po prezentacji Robert Smoleń chwalił się, że nie miał żadnych problemów z przekonaniem Nickiego do odebrania telefonu o wskazanej porze. NIE MIAŁ ŻADNYCH PROBLEMÓW Z PRZEKONANIEM NICKIEGO DO ODEBRANIA TELEFONU O WSKAZANEJ PORZE.
To zdanie dokładnie pokazuje jak bardzo, w ciągu ostatnich lat, zmieniły się relacje polskich klubów z zagranicznymi mistrzami. Dzisiaj są na każde nasze zawołanie i nikomu nawet do głowy nie przychodzi, że mógłby taki obcokrajowiec na prezentację nie przyjechać, a kiedyś byliśmy wniebowzięci, że odebrał telefon o umówionej godzinie.  Poza wszystkim to wydarzenie było pamiętne, bo część kibiców po raz pierwszy w życiu widziała telefon z dźwiękami polifonicznymi.

Rzadkie zdjęcie Roberta Smolenia bez telefonu z dźwiękami polifonicznymi

Rzadkie zdjęcie Roberta Smolenia bez telefonu z dźwiękami polifonicznymi

Drugą z falubazowych prezentacji, które będę wspominał do kresu mych dni, była oczywiście ta z oscarową rolą Piotra Śwista. Jego słynne „100 procent Falubaz” wykrzyczane z desek zielonogórskiego amfiteatru weszło już do kanonu haseł kultowych. Wtedy – w 2004 roku – to był szok, bo oto facet wychowany na gorzowskiej piersi, ptaszek, który wyfrunął spod skrzydeł samego Edwarda Jancarza, publicznie ogłasza światu, że w całości złożony jest z pierwiastków zielonogórskich. Gdyby dzisiaj Jarosław Kaczyński pojawił się na marszu KOD-u i ze sceny poinformował, że Wałęsa nie był Bolkiem, to i tak nie osiągnąłby efektu choćby zbliżonego do reakcji jaką wywołała deklaracja Piotra Śwista.

Po kilku latach od tych wydarzeń żużlowiec zdradził, że tuż przed rzeczoną prezentacją podszedł do niego ktoś ze sztabu organizacyjnego i poprosił, żeby krzyknął słynne już „100 procent Falubaz”.
- No to krzykłem, bo co mi szkodziło – wyjaśniał później przytomnie pan Piotr.

W 2004 roku słowa i prawdziwe odczucia Śwista były od siebie tak daleko, że miały dwa kody pocztowe, ale kibice w Zielonej Górze w tej konkretnej chwili postrzegali to zupełnie inaczej . Wtedy większość była zachwycona, że oto grzesznik się nawrócił, że Urbi et Orbi wyznaje wiarę we wszechmocną myszkę miki. Ta dziecinna naiwność w byciu kibicem jest chyba najfajniejsza. Mimo że jesteśmy dorosłymi ludźmi, dzięki sportowi, dzięki swojemu ukochanemu klubowi, miewamy chwile uniesień, które przenoszą nas do dzieciństwa, gdzie znowu jest Mikołaj, wróżka zębuszka, i znowu wierzymy, że żużlowcy z naszej drużyny gotowi są za nią umrzeć i że na pewno nigdy jej nie zostawią.

Późniejsze wyjaśnienie Śwista to jeden z tych momentów, kiedy wracamy na ziemię, kiedy zdajemy sobie sprawę, że żużlowiec kocha swój klub dokładnie tak bardzo jak my kochamy swojego pracodawcę. Ale prezentacje są właśnie po to, żeby na chwilę znowu być rumianym dzieciakiem z lukrem pod nosem, żeby znowu wierzyć w szlachetną walkę dobra ze złem, żeby po raz kolejny dać się nabrać na to, że oto stają przed nami sportowcy inni niż wszyscy, dla których klubowy herb jest wartością najwyższą. I bardzo dobrze; pieprzyć nudną i wyrachowaną dorosłość, być gówniarzem, mieć ideały. Chociaż na chwilę.
W marcu kibicom w Zielonej Górze podróżować w czasie będzie o tyle łatwiej , że w szczerą miłość Andrzeja Huszczy do Falubazu naprawdę da się uwierzyć.