24 grudnia 1990 roku Freddie Mercury już wiedział, że właśnie rozpoczynają się jego ostatnie święta Bożego Narodzenia. W ciele lidera legendarnej grupy Queen na dobre rozpanoszył się wirus HIV, który nie pozostawiał złudzeń – Freddiemu pozostało ledwie kilka miesięcy. Mimo skrajnego wycieńczenia w 1991 roku Mercury wciąż tworzył, a jedną z ostatnich piosenek jaką dał muzyce była „The Show Must Go On”. Utwór bezpośrednio nawiązuje do śmiertelnej choroby wokalisty i odzierając z nadziei wieszczy, że niezależnie od okoliczności, niezależnie od śmierci i największych tragedii przedstawienie musi i będzie trwać. Frontman Queen zmarł 24 listopada 1991 roku. 6 miesięcy później w australijskim stanie Queensland urodził się Darcy Stephen Ward.

Darcy Ward rozpoczyna walkę o nowe życie

Darcy Ward rozpoczyna walkę o nowe życie

Ward, podobnie jak Mercury pół wieku wcześniej, do Europy przeprowadził się jako nastolatek i tak samo jak Freddie zamierzał położyć ją sobie u stóp. Obaj z ogromnym potencjałem, z wielką wiarą we własne możliwości, z ocierającą się o butę pewnością siebie, która w istocie stanowiła maskę dla kruchego i wrażliwego wnętrza. I Mercury i Ward szybko zapracowali na miano wielkich showmanów, facetów w swoim gatunku dotąd nieoglądanych, gości, którzy wyznaczają trendy i jednym pstryknięciem palca wprawiają w ekstazę tysiące wielbicieli mocnych wrażeń. Freddiego w drodze na szczyt zatrzymał wirus HIV, Darcy’ego pęknięty rdzeń kręgowy. Dla Mercury’ego koniec kariery był jednocześnie końcem życia, dla Warda koniec kariery jest początkiem nowego, znacznie trudniejszego. I właśnie teraz w głowie Warda głośno jak nigdy dotąd musi rozbrzmiewać „The Show Must Go On”.

Na torach żużlowych przedstawienie będzie trwać jak zwykle, spiker będzie wrzeszczał, publika będzie piszczeć i tylko od czasu do czasu ktoś sobie przypomni, że pierwszoplanowego aktora już nie ma, że w zaciszu lekarskich gabinetów rozpoczyna swoje nowe show. Show alternatywne, show którego nie zna, którego będzie musiał się uczyć, pozbawione fajerwerków, spektakularnych pościgów i wybuchów rodem z Hollywood. To będzie show bez oklasków, bez euforii i wiwatów, ale takie, które może przywrócić Wardowi radość z życia, na nowo nadać mu sens. Rehabilitacja Darcy’ego to coś, o co teraz boję się najbardziej, bo po tak poważnym urazie na jakikolwiek postęp w leczeniu trzeba sobie bardzo mocno zapracować. Wymagana jest ogromna cierpliwość, konsekwencja, powtarzalność, upór i nadludzki wysiłek, czyli coś z czym – niezależnie od tego jak bluźnierczo to zabrzmi – Darcy raczej nie jest kojarzony.

Ward nie spędzał setek godzin na treningach, nie wylewał potu na siłowni, nie musiał tysiąc razy pokonywać jednego łuku na torze, żeby przejechać go poprawnie, bo on się z tym urodził. Był ( strasznie wygląda czas przeszły w tym przypadku ) geniuszem, a motocykl żużlowy stanowił  integralną część jego samego. Facet swoim GM-em posługiwał się jak Magda Gessler widelcem, robił z nim wszystko na co miał ochotę, a ten nawet nie śmiał protestować. W tym roku wrócił do żużla po rocznym zawieszeniu i od swojego pierwszego wyścigu wyglądał tak jakby z motocykla w ogóle nie zsiadał. Kilka tygodni temu spóźnił się na mecz ligowy do Gorzowa, wpadł na stadion kilka minut przed swoim pierwszym biegiem, nie sprawdził motocykli, nie oglądał toru i… zdobył 20 punktów momentami rywali ośmieszając. Bez cienia przesady można stwierdzić, że był Darcy Mozartem speedwaya i tak jak Mozart uwerturę do Don Giovanniego napisał w dniu jej premiery, tak Ward bez jakiegokolwiek przygotowania potrafił bić największych światowego żużla.

Wicemistrz Świata Krzysztof Kasprzak opowiadał mi kiedyś o obozie sportowym, na którym był razem z Wardem i o tym jak się tam Darcy zachowywał. Otóż już w pierwszym dniu zajęć żużlowcy mieli zaplanowany kilkukilometrowy bieg, który Australijczyk zwyczajnie zbojkotował. Po 500 metrach uznał, że bieganie jest strasznie nudne i wrócił do hotelu, gdzie czekało znacznie ciekawsze PlayStation. Cały obóz Darcy w ten sposób przehulał i byłoby to karygodne gdyby nie fakt, że kilka tygodni później na torze wszyscy ci sumiennie biegający musieli oglądać plecy tego, który na obozach kondycyjnych gapił się w monitor. Właśnie dlatego, że wszystko na żużlu przychodziło mu tak irracjonalnie lekko, teraz rehabilitacja będzie nieziemsko ciężka. W salach fizjoterapeutów ważniejsza niż talent jest praca, ważniejsza niż wirtuozeria cierpliwość i tego niestety musi się Darcy nauczyć, a my – w miarę naszych możliwości – możemy mu pomóc.

Pięknie wyglądają te gesty solidarności i wsparcia dla Australijczyka, które płyną przez Internet, ale dzisiaj – paradoksalnie – bardziej niż Darcy potrzebujemy ich my sami. W każdym człowieku spoczywają mniejsze lub większe pokłady empatii i wyrażając swoje współczucie dla żużlowca zwyczajnie dajemy im upust, co przynosi choćby minimalną ulgę. Sam Ward bardziej będzie tego potrzebował za pół roku. Kiedy opadnie kurz, kiedy fotoreporterzy znajdą sobie inne obiekty zainteresowania, kiedy my zaczniemy się ekscytować nowym sezonem, a Darcy zostanie sam z lekarzem w sali rehabilitacyjnej, wtedy popularne teraz hasła #StayStrongDarcy, czy #BeStrong będą znaczyły zdecydowanie więcej niż dzisiaj. Pamiętajmy o tym, bo przedstawienie musi trwać, a Darcy ma do odegrania kolejną rolę. Z tym, że na razie niestety nie znamy jeszcze scenariusza.