Kiedy moja żona była w stanie błogosławionym bardzo często zmieniała zdanie. Wysyłała mnie na przykład do sklepu po banany, żeby po moim powrocie do domu oświadczyć, że teraz to ona już chce ogórki, za chwilę wracałem z ogórkami, ale tak się niefortunnie składało, że małżonka miała już wtedy ochotę na ananasa. To doświadczenie – z pozoru błahe i dobrze znane większości tatusiów – pozwoliło mi przetrwać żużlową Grand Prix Polski w Warszawie. Pan sędzia Jim Lawrence nie chciał co prawda ani ogórków, ani ananasa, ale zdanie zmieniał z częstotliwością mojej żony z czasów „podwójnych”.

Pierwszoplanowa postać Grand Prix Polski - Jim Lawrence

Pierwszoplanowa postać Grand Prix Polski – Jim Lawrence

Po żużlu na „narodowym” długo zastanawiałem się co ze wszystkich cudacznych osobliwości, które widzieliśmy w Warszawie, zasługuje na miano skandalu bezprecedensowego. Taśmy, które odmawiają posłuszeństwa już widziałem, dziurawe tory z pułapkami też, ale sędziego, który ośmieszyłby się tak bardzo jak Jim Lawrence obserwowałem po raz pierwszy. Nie mam wątpliwości, że to on w cuglach wygrywa plebiscyt na żużlową klapę roku. Zaznaczam jednak, że mogę być delikatnie nieobiektywny, bo o ile tor i taśma sfrustrowały mnie w takim samym stopniu jak innych kibiców, o tyle arbiter dokuczył mi osobiście.

Miałem niezwykłą przyjemność prowadzić Grand Prix w Warszawie, a tym samym ( między innymi ) przekazywać kibicom decyzje sędziego, co w efekcie pozwoliło mi zyskać opinię… żużlowego ignoranta. Oto po czwartym wyścigu sędzia zdecydował, że przestajemy walczyć z wadliwą taśmą i od teraz do końca zawodów będziemy startować na zielone światło. Zgodnie z życzeniem arbitra poinformowałem o tym publiczność, po czym 2 wyścigi później żużlowcy znowu ruszyli spod taśmy. Następnie po nierównym starcie do biegu 6 Jim Lawrence postanowił upomnieć Jasona Doyle’a i w kilka sekund po tym jak powiedziałem o tym kibicom Lord Jim zmienił zdanie i Australijczyka z biegu wyrzucił. Wyraźnie się na mnie uwziął, zawody się dopiero zaczynały a ja, za sprawą sympatycznego Brytyjczyka, wprowadziłem kibiców w błąd już 2 razy. Sędzia uznał, że to za mało, że muszę się skompromitować jeszcze raz i to najlepiej przy okazji powtórzonego wyścigu 6 – najpierw uznał jego wyniki, a kiedy to ogłosiłem i zabrałem się do zapowiadania wyścigu 7 zdecydował, że numer 6 trzeba jednak powtórzyć po raz kolejny. Kilka biegów później mieliśmy upadek na 4 okrążeniu i arbiter uznał, że wyścig trzeba rozegrać jeszcze raz. Zgadnijcie co było dalej…tak, tak, kiedy tylko poinformowałem o planowanej powtórce Jimowi się odwidziało i postanowił jednak uznać wyniki tego biegu, za końcową uznając kolejność zawodników jaką widzieliśmy w chwili upadku. 12 biegów i oszukałem kibiców 4 razy. Well done mister Lawrence.

Zdaję sobie sprawę, że część fanów pomyślała: „Ten Korościel to jednak debil, nie potrafi zrozumieć najprostszych komunikatów”. Nie mam do nich pretensji, sam bym tak pomyślał o spikerze, który co chwilę mówi co innego i zaprzecza sam sobie, bo przecież trudno podejrzewać, że wykluczające się decyzje regularnie podejmuje międzynarodowy sędzia z dużym doświadczeniem. Nie chce mi się nawet dywagować nad tym, które z tych decyzji były słuszne, a które nie. Czy mądre były te pierwsze, czy może te drugie, które pierwsze unieważniały. To już teraz nieistotne, naprawdę zatrważające jest natomiast to, że zawody takiej rangi prowadzi facet kompletnie rozchwiany. Na absurd zakrawa, że największą imprezę w dwudziestoletniej historii Grand Prix obsługuje gość stabilny jak konstrukcja mostu łazienkowskiego. W życiu z takim człowiekiem nie pracowałem i nigdy niczego podobnego nie widziałem. Czegoś się jednak nauczyłem, sędzia Lawrence pozwolił mi zrozumieć, że moja żona w czasie ciąży tak naprawdę za bardzo nie wydziwiała. Uroczyście deklaruję, że kiedy znowu będzie „przy nadziei”, po banany, poziomki i pasztet z cieciorki będę ganiał bez mrugnięcia okiem. Dzięki Jim.

PS  Chwilę po piątkowym treningu zamieniłem kilka słów z Ole Olsenem. Pytałem czy uda się przygotować tor na sobotę, odpowiedział, że bez problemów, oraz że jego zdaniem nawierzchnia już teraz nie jest zła, tyle, że dzisiaj na żużlu jeżdżą panienki i dlatego tak narzekają. Domyślam się, że po sobotnich zawodach żużlowcy w oczach Olsena skarleli do rozmiarów rozkapryszonych nastolatek cierpiących na migrenę.