W chwilę po zdobyciu srebrnego medalu Drużynowych Mistrzostw Świata na żużlu selekcjoner reprezentacji Marek Cieślak stwierdził, że więcej z kadrą bawić się nie będzie. Raczej mu się nie dziwię, bo jego praca w barwach narodowych to, oprócz worka złotych medali, nieustanne zmaganie się z ogromną presją i krytyką środowiska, w kraju, który złota nie tyle chce, co żąda i każde potknięcie rozpatruje w kategoriach hańby. Jeszcze zanim Cieślak ogłosił rezygnację znaczna część żużlowego Internetu bezwzględnie zapragnęła jego głowy. Jak mógł, jak śmiał, dowodząc taką ekipą, jadąc na domowym torze, zdobyć ledwie srebrny medal! Skandal nad skandalami i jeszcze raz skandal.

Srebrnym medalem Marek Cieślak pożegnał się z reprezentacją

Srebrnym medalem Marek Cieślak pożegnał się z reprezentacją

Nie zamierzam rzecz jasna nikomu wmawiać, że srebro to sukces, to jest rzeczywiście przegrana, ale nie można w związku z nią dymisjonować selekcjonera. Cieślak wykonał swoją pracę wzorowo. Po pierwsze oparł się atakującej zewsząd presji powoływania do kadry Tomasza Golloba. Nasz wszechżużlowiec miał nie tylko podnieść poziom sportowy reprezentacji, ale też znacząco poprawić frekwencję na stadionie, która zapowiadała się fatalnie, a wiadomo, że „na Golloba”, zwłaszcza w Bydgoszczy, ludzie przyjdą. Cieślak szczęśliwie był na tyle odważny, że progollobowe sugestie wpływowych ludzi potrafił zbagatelizować, całkiem rozsądnie konstatując, że w kadrze powinni jechać aktualnie najlepsi. I ci pojechali.

Z tego samego powodu zrezygnował Cieślak z lansowanej w żużlowej Polsce konieczności odmładzania reprezentacji. Zrezygnował i z Dudka i z Janowskiego, którzy w tamtym roku wjechali z nim na najwyższym stopień podium Mistrzostw Świata, nie powołał nikogo przed trzydziestką, stosując się do wspomnianej wyżej zasady, że muszą jechać Ci w najwyższej formie. Po trzecie potrafił Cieślak uderzyć się w pierś i przyznać, że przedwczesne skreślanie Piotra Protasiewicza było błędem, schował więc selekcjoner honor do kieszeni i „Protasa” do Bydgoszczy zaprosił, a ten go nie zawiódł.

Poza dobrą selekcją umiał też Cieślak swoich ludzi do finału świetnie przygotować, doskonale – razem z nimi – rozszyfrował tor, o czym świadczy pierwsza seria wyścigów finale, w której Polacy wygrali wszystko. Później tor zaczął się zmieniać, a o tym jak się zmieniał i jak należy na te zmiany reagować najlepiej wiedzieli sami żużlowcy i to do nich ewentualnie można kierować pretensje za słabszą postawę w środkowej części zawodów.

Sam Cieślak raz jeszcze dobrze wykonał swoją robotę typując zawodników do ostatniej serii biegów. Najpewniejszych: Hampela i Kasprzaka wypuścił na początek, żeby odrobili dwupunktową stratę do Duńczyków, później Protasiewicz miał z dobrego, 4 pola startowego dobić rywali, a słabszy tego dnia Kołodziej w ostatnim wyścigu zdobyć jeden punkcik, pieczętując kolejne złoto. Do połowy tej serii wszystko układało się zgodnie z planem, przed biegiem Protasiewicza mieliśmy już punkt przewagi nad Duńczykami, tyle, że „Pepe” w swoim wyścigu przeszarżował i został wykluczony, a Kołodziej w ostatniej odsłonie zawodów był zwyczajnie od Iversena wolniejszy i trudno za to winić Cieślaka. Przegraliśmy, bo Duńczycy byli po prostu lepsi. I tyle. Mam nieśmiałe przeczucie, że za Cieślakiem jeszcze zatęsknimy.