Jedyny Niemiec w stawce uczestników Indywidualnych Mistrzostw Świata jest jak posłanka Twojego Ruchu Anna Grodzka – wzbudza emocje skrajne. Można go kochać, albo nienawidzić. Stanów pośrednich nie ma. Obojętne przejście obok Martina Smolinskiego jest wykluczone, bo to facet, który na nowo definiuje określenie: „żużlowca ze światowej czołówki”. 20-letnia historia Grand Prix nie zna przypadku zawodnika, który do cyklu wparowałby z takim impetem. Zwykle „nowi” w tym hermetycznym gronie chodzą na palcach, siadają w kącie i odzywają się  tylko po to, żeby wyrazić bezgraniczny podziw dla mistrzów, z którymi mają zaszczyt razem stanąć pod taśmą. Smolinski tradycją wzgardził, świętości zszargał i bramy Grand Prix sforsował czarnym Harleyem, po czym splunął rządzącej bandzie pod nogi i oznajmił, że porywa wszystkie dziewice.

Martin Smolinski spycha w zapomnienie żużel jaki znamy

Szturm na skostniałe schematy panujące w IMŚ, Martin przypuścił jeszcze przed pierwszym turniejem, kiedy o zwyczajach mechaników powiedział dziennikarzom więcej, niż wszyscy inni mówili przez dwie dekady. Później pokazał swój znak firmowy: wysoko uniesioną gardę, której nie powstydziłby się Władimir Kliczko. Zaciśnięte pięści przed kamerami prezentuje Niemiec równie często jak logo sponsorów. Po wstępnych igraszkach przeszedł do konkretów: najpierw „skasował” głównego kandydata do złota IMŚ Darcy’ego Warda, po czym sam wygrał finał w Auckland, mimo, że po dwóch okrążeniach stawkę zamykał. Dzisiaj brzmi to tak samo irracjonalnie jak tuż po zawodach.

Zatęchłe środowisko rozbijające się w IMŚ, przez lata przyzwyczaiło nas do określonych schematów zachowań, do nużąco powtarzających się wypowiedzi i wydawało się, że inaczej być może. Setki razy słyszeliśmy, że w Grand Prix się nie zarabia, że koszty związane ze startami w elicie trzeba pokrywać z zysków wypracowanych w ligach polskiej i szwedzkiej. Poza tym byliśmy przekonywani, że tylko częste występy w poważnych zawodach pozwalają żużlowcom utrzymywać się w rytmie startowym, a ten z kolei jest podstawą sukcesu. Smolinski mówi, że ma w nosie rytm startowy, że nie interesuje go ani Polska, ani Szwecja, i że nad ligowe „wożenie się” po całej Europie przedkłada obiad z 93-letnią babcią. Dziennikarze takie wypowiedzi uwielbiają. Wreszcie jest ktoś, kto nie powtarza banałów, nie bredzi o tym jak to żużel jest nieprzewidywalny, jak to czas wszystko pokaże i o tym jak ważne jest przygotowanie sprzętowe. Przeciętny żużlowiec proszony o porównanie dwóch swoich sukcesów zazwyczaj mówi, że oba są równie cenne, kosztowały go wiele pracy, wyrzeczeń i że bardzo się cieszy. Smolinski po Auckland mówi, że wcześniejszymi sukcesami wdrapał się na hałdę żwiru, a w Nowej Zelandii zdobył Himalaje. Ciekawie, barwnie, z entuzjazmem i dowcipnie. Media to chłoną bez trawienia. Podobnie jak opowiedzianą przez Martina, tuż po zwycięstwie, historię o tym, jak w młodości stracił matkę i o pewnej obietnicy jaką złożył jej na łożu śmierci. Wcześniej od triumfatorów Grand Prix słyszeliśmy głównie, że to świetne uczucie stać na najwyższym stopniu podium. Smolinski to osobliwość na dwóch kółkach, potrafi na przykład wesprzeć finansowo swoich fanów, żeby mogli przyjechać na imprezę z jego udziałem, większości jego kolegów z toru takie „fajerwerki” nawet do głowy nie przychodzą.

Albert Einstein powiedział kiedyś, że wszyscy wiedzą, że są takie rzeczy, których nie da się zrobić i wtedy przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da i on właśnie to robi. Tym gościem jest Smolinski. Oryginalny, pocieszny i tak pewny siebie, że ociera się o butę. Na tyle inny od reszty, że o powszechnej akceptacji w Grand Prix na razie musi zapomnieć. Pisałem już o tym, że moim zdaniem Martin, mimo zwycięstwa w Auckland, do poziomu sportowego mistrzostw świata nie wnosi nic i zdanie podtrzymuję. Każdy inny wymiar Grand Prix  Smolinski rewolucjonizuje.