Małżonka zarzuciła mi dzisiaj, że nie mam pojęcia o żużlu. To tak jakby oskarżyła o zbyt niski poziom testosteronu. Swój bezwzględny atak przypuściła tuż po Grand Prix Nowej Zelandii, przypominając, że przed zawodami śmiałem się z Martina Smolinskiego i zadeklarowałem, że jeżeli Niemiec wygra chociaż jeden wyścig w Auckland, to do końca kwietnia będę zmywał naczynia. Wygrał cały turniej. Teraz moja sytuacja wygląda tak: jestem umoczony w garach, a w domu nie mam poważania. Żona już mi nie uwierzy, ale Was spróbuję przekonać: otóż nadal uważam, że Martin Smolinski jest żużlowcem co najwyżej przeciętnym. W Nowej Zelandii wygrał dzięki niezwykle sprzyjającemu splotowi okoliczności. Po pierwsze tor w Auckland jest długi i nie wymagający szczególnych umiejętności technicznych, czyli taki jakie Smolinski lubi najbardziej, po drugie miał świetnie spasowany sprzęt, co na obiektach takich jak w Nowej Zelandii jest kluczowe, po trzecie wreszcie jest początek sezonu i nie wszyscy wielcy zdążyli wskoczyć na swój normalny poziom. Martin potrafił to wykorzystać i wjechał do finału, a tam jego największym atutem była anonimowość na żużlowych salonach i reputacja żużlowca słabego. Nicki Pedersen i Krzysztof Kasprzak zajęci „wożeniem się po płotach” zupełnie zlekceważyli niegroźnego, ich zdaniem, Smolinskiego, a ten po prostu przejechał obok nich i wygrał. Moja babcia przez całe życie powtarzała, że niemieckich pohukiwań nigdy nie należy ignorować, chociaż jej, o ile pamiętam, nie chodziło o żużel.

Martin Smolinski sensacyjnie wygrał Grand Prix Nowej Zelandii

Nie dam sobie ręki odciąć, ale jestem niemal pewny, że w dwudziestoletniej historii cyklu Grand Prix nie było jeszcze wyścigu finałowego, w którym zawodnik zajmujący po dwóch okrążeniach czwarte miejsce, ostatecznie wygrywał. Tego dokonał Smolinski, a jego wyczyn jest tym bardziej cudaczny, że właściwie nie miał koncepcji ataku na pozycję lidera. Pojechał tak, jakby zrobiłby to profesor matematyki. Wychodząc z założenia, że żużlowcy dysponują motocyklami osiągającymi bardzo zbliżone prędkości, należy mniemać, że do mety pierwszy dotrze ten, który znajdzie najkrótszą drogę, a ta, co oczywiste, wiedzie przy krawężniku, więc tamtędy Smolinski pojechał, a że nikt mu nie przeszkadzał, to wygrał. Groteska. Gombrowicz byłby dumny.

Przy okazji imprezy w Auckland oprócz typów bukmacherów, w łeb wzięła również wyświechtana teza, o tym, że Grand Prix nie wybacza błędów. Żużlowcy powtarzają to już od 20 lat przy każdej okazji, a tymczasem w Nowej Zelandii przekonaliśmy się, że to bzdura. Smolinski (choć nie tylko on) błędy na trasie wręcz kolekcjonował, a Grand Prix wybaczało seryjnie, jak stary ksiądz, któremu nie chce się ślęczeć w konfesjonale. Martin w Nowej Zelandii próbował nas oszukać, nabrać na to, że potrafi jeździć na żużlu i wielu mu uwierzyło, ale jestem przekonany, że w kolejnych rundach Indywidualnych Mistrzostw Świata prawda wyjdzie na jaw. Smolinski w tym roku do wielkiego finału Grand Prix już nie wjedzie. Nie i już. Przecież nie mogę do końca życia zmywać naczyń.